MYST - PROLOG

23 09 2007

Prolog - Oldham

Niebo nad Oldham - małym miasteczkiem położonym gdzieś w Anglii zasnute było gęstymi, szaroburymi chmurami. Zimny wiatr kołysał opadającymi z liści drzewami rosnącymi co kilkanaście metrów. Przy każdym z domów trawniki były bardziej zadbane i staranniej przystrzyżone niż głowy ich właścicieli, samochody stojące na poboczu lub tuż obok garażu wypolerowane na błysk…Tak. To jedna z tych spokojnych okolic, gdzie każdy zna każdego i wie wszystko o wszystkim.


Na pustym chodniku pomiędzy małymi domkami stał podstarzały mężczyzna ubrany w nienaganny garnitur. Drżącymi z zimna rękoma wyciągnął papierosa, włożył do ust, po czym z trudem podpalił korzystając z małej zapalniczki. Tajemniczy jegomość zaciągnął się dymem, rozejrzał dookoła i ruszył w dalszą drogę. Przeszedł zaledwie kilka metrów, gdy nagle z nieba zaczęło lać. I nie był to zwykły deszcz. O takich opadach mówi się zazwyczaj – ulewy ileś-tam-lecia.

-Mam rzucić palenie? Tego chcesz? Powiedział spokojnie spoglądając w niebo. Niech będzie i tak… Rzucił przemoczonego już papierosa na ziemię i przydeptał nogą. Raczej z przyzwyczajenia niż dla pewności. Ztakim deszczem przegrały by nawet ognie piekielne. Po przemoknięciu do suchej nitki i przejściu kilku ulic niedoszły palacz zatrzymał się przy jednym z większych budynków. Rzucił okiem na tabliczkę „Kancelaria Prawna” i wszedł do środka. „Kancelaria, jak to kancelaria. Tylko trochę mała” pomyślał sobie. W rogu po prawej stało niewielkie biurko, za którym siedziała sekretarka. Obok niej stał stary, pożółkły już monitor. Po lewej i prawej stronie pomieszczenia znajdowały się drewniane drzwi. Już na pierwszy rzut oka widać było, że mają przynajmniej kilkanaście lat.

-Dzień dobry. W czym mogę pomóc. Zapytała szczupła, brunetka z okularami opartymi na czubku długiego nosa.

-Yyy… byłem umówiony, na 14. Tom Willson…dzwoniłem wczoraj. Odpowiedział niepewnie mężczyzna.

- Ach tak… Widzę. Powiedziała spoglądając w monitor. Proszę tu zaczekać, poinformuję mecenasa, że pan jest.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Po chwili, drzwi po lewej otworzyły się, a w nich stanął stary, niemal kompletnie łysy mężczyzna. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Toma po czym wyciągnął rękę na powitanie mówiąc:

-Witam. Przepraszam za moją reakcję… przywykłem do oglądania suchych klientów. Nie mógł pan wziąć parasola? Proszę do mojego gabinetu – powiedział wskazując ręką pokój.

-Cóż. Gdy wychodziłem z domu był piękny, słoneczny poranek. A teraz? Sam pan widzi. Muchę żal z domu przegonić. Nie mówiąc o psie.

-Albo kocie. Zaśmiał się staruszek i zajął miejsce w swoim fotelu. Tom usiadł po drugiej stronie biurka na którym leżała mała tajemnicza koperta.

-No dobrze…Pożartowaliśmy sobie. Proszę mi powiedzieć, dlaczego musiałem przyjechać tu aż z Londynu? Mam ważne sprawy na głowie.

-To będzie dla ciebie trudne. Nawet bardzo. Chodzi o pańskiego ojca. On… ech… on nie umarł 10 lat temu..

-Co? To jakieś żarty?

-Niestety nie. Rozumiem, że ma a jeśli nie to za chwilę będzie pan miał mnóstwo pytań. A ja mam odpowiedzi. Pański ojciec zaginął w tajemniczych okolicznościach ponad 10 lat temu. Znaleziono go wczoraj. Bez dokumentów, bez pieniędzy, bez paszportu. Miał przy sobie tylko kopertę, którą widzisz na stole. Niestety był bardzo chory i wycieńczony. Zmarł dziś rano.

-Nie…To jakaś pomyłka. Pochowałem ojca 10 lat temu. Dowidzenia. Tom zaczął się podnosić z miejsca…

-Proszę zaczekać! Jestem przyjacielem pańskiego ojca. Muszę mówić jak było? No to powiem. Pańska matka umarła przy porodzie. Lekarze odratowali pana, ale jej już nie. Pański ojciec opiekował się panem najlepiej jak mógł. Gdy miał pan 6 lat Eddy wyjechał z panem do Londynu. Kochał nasze małe miasteczko. Nie chciał się z nim rozstawać, ale zrobił to ze względu na pana. Chciał zadbać o pańską przyszłość. Dopiął swego. Gdy tylko założył pan własną rodzinę wrócił do Oldham…

-Ale… Tom zatrzymał się…To wszystko jest takie dziwne… Wrócił i usiadł

-Wiem. Ja też byłem zaskoczony. Pan pozwoli, że dokończę. Wczoraj rano, jakby nigdy nic – pański ojciec wrócił. Niestety był w fatalnym stanie. Zemdlał gdzieś na ulicy i trafił do szpitala. Na kopercie znalezionej w jego kieszeni był mój adres. Policja zadzwoniła do mnie. Przyjechałem natychmiast. W środku znalazłem list i drugą zalakowaną kopertę. Pański ojciec napisał mi:

Oto mój testament. Powierzam go w ręce zaufanego przyjaciela. George – wiem, że umiesz dotrzymać tajemnicy. Zawsze dotrzymujesz. Nie zawiedź mnie i tym razem. Po mojej śmierci, ale nie wcześniej wezwij mojego syna. On i tylko on może otworzyć zalakowaną kopertę”.

I oto cała historia. Wezwałem pana na odczytanie testamentu. Proszę oto ona. Trochę pognieciona, ale zawartość – proszę mi wierzyć – jest nietknięta. Staruszek wręczył kopertę, po czym rozsiadł się wygodnie w swoim pokrytym skórą fotelu. Tom lekko drżącymi, tym razem z emocji rękoma, złamał woskową pieczęć z pięknym logo przedstawiającym dziwne symbole.

-Chwila… To on żył… Jak mógł mi to zrobić? Dlaczego nie dzwonił? Przez cały cholerny miesiąc szukała go policja. Mówili o tym w telewizji. Pogodziłem się ze śmiercią własnego ojca… Mój syn pogodził się ze śmiercią ukochanego dziadka. Przecież go pochowaliśmy! Pustą trumnę! A on ciągał się po świecie! Teraz wraca i bawi się w pieprzone koperty! O co mu chodziło?

-Nie wiem. Ja tylko wypełniam wolę zmarłego.

-Wolę zmarłego?! Tom zapomniał o dobrych manierach. Gdyby złość była lawą, a on wulkanem można by powiedzieć, że właśnie nastąpiła erupcja. WOLĘ ZMARŁEGO? To nie jest jakieś cholerne „posadźcie mi bratki na grobie”! To jest… to jest… to jest…Tom zrozumiał co zrobił i jak się zachował. Doszło do niego, że w którymś momencie musiał wstać bo teraz stał – Przepraszam. Powiedział ze łzami w oczach siadając na swoje miejsce. To dla mnie takie niezrozumiałe. Zniknąć na 10 lat, wrócić bez słowa, bez zapowiedzi. Jeśli pan coś wie – niech mi powie. Tu chodzi o moją rodzinę.

-W tej chwili wiem tyle co pan. Przed chwilą powiedziałem, że mam odpowiedzi na pańskie pytania. Niestety nie na wszystkie. Być może z testamentu dowie się pan czegoś nowego.

Tom prawie zapomniał, że trzyma coś w lewej ręce. Wyjął kartkę z pożółkłej koperty i zaczął czytać.

Jeśli mój przyjaciel George wręczył Ci ten list przeczytaj go na głos. W innym wypadku, zachowaj prawdę dla siebie.” Tom spojrzał na mecenasa, wziął głęboki oddech… -Mój ojciec chciał, żeby pan to usłyszał.

George, przyjacielu. Mam nadzieję, że wszystko poszło zgodnie z planem. Mam nadzieję że list ten nie wpadł w niepowołane ręce. Jednak przy twoim uporze i wierności zasadom, to mało prawdopodobne. Tom, synu. Nadszedł dzień w którym poznasz całą prawdę o moim zniknięciu. Prawdę, którą skrywałem w sercu od lat. Wszystko zaczyna się od chwili w której kupiłem dom Greenów, który niektórzy mają czelność nazywać „posiadłością”. Oddałem na nią niemal wszystkie oszczędności. Dorobek mojego życia. Mimo to nie zagrzałem tam miejsca. Niespodziewanie wyruszyłem w podróż do innych „krajów”. Niestety nie mogę powiedzieć nic więcej. Gdybym to zrobił fundamenty na których opiera się cały świat, tysiące lat nauki, religie i wiele innych rzeczy – wszystko to legło by w gruzach. Ludzie potrafią być okrutni. Dla złota, pieniędzy i władzy zrobią wszystko. Właśnie dlatego postanowiłem zabrać moją tajemnicę do grobu. Przykro mi, ale to dla dobra wszystkich. Nie proszę cię żebyś wybaczył. Proszę żebyś zrozumiał moje milczenie. Każdego dnia tęsknota rozrywała mi serce. Każdego dnia serce walczyło z rozsądkiem. Jesteś moim ukochanym synem i najbardziej zaufaną osobą na świecie, ale mimo to nie poznałeś i nie poznasz tej tajemnicy. Bałem się powiedzieć nawet tobie! Wymowne prawda?

A teraz przejdźmy do formalności. „Rezydencja” Greenów i wszystko co z nią związane w dniu mojej śmierci przechodzi na mojego wnuka. Wybacz jeśli czujesz się pokrzywdzony, ale ty osiągnąłeś już wiele. Przed nim całe życie. Mam nadzieję, że przeniesiecie się tu i ułożycie sobie życie poza wielkim miastem. Dom stoi w Little Hill. To mała miejscowość położona o mniej więcej 100 km stąd. Wszystkimi formalnościami zajmie się George.

PS. Synu – jeszcze raz błagam o wybaczenie. Nie miałem innego wyboru.

Tom skończył czytać. Jakie wiadomości mogą zmusić do zerwania kontaktu z rodziną? I dlaczego miały by zmienić tak wiele? Wnioskując z wyrazu twarzy, Tom doszedł do wniosku, że mecenas jest równie skołowany. Przez dłuższą chwilę panowała niezręczna cisza.

-Panie Willson. Zaczął zdumiony prawnik. Znam Eddy’ego tyle lat, a mimo to jestem w szoku. Nie wiem co znalazł pański ojciec, ale musi to być niesamowicie cenne. Lub niebezpieczne.

-Skąd u pana taka pewność? Odpowiedział Tom.

-Możemy przejść na „ty”? To wyzywanie się od panów zaczyna mnie denerwować. .

-W porządku. Skąd ta pewność?

-Znam twojego ojca na wylot. Jesteś… przepraszam byłeś dla niego wszystkim. Absolutnie wszystkim. Wszystko co robił kręciło się wokół ciebie. I było dla ciebie. Skoro Eddy twierdził, że miał powody dla których musi zerwać z tobą kontakt to je miał. I to bardzo poważne. Możliwe, że to kwestia życia i śmierci.

-Ale teraz to już bez znaczenia. Zabrał tajemnicę ze sobą do grobu. Koniec, kropka. Odpowiedział Tom. Muszę już wracać do Londynu, porozmawiać z moim synem. To dla mnie trudna sytuacja. W razie czego proszę dzwonić. Tom wstał, uścisnął dłoń na pożegnanie i podszedł do drzwi.

-Przepraszam za zmoczenie fotela, ale ten deszcz…

-Nie szkodzi. A właśnie. Może pożyczyć ci jakiś parasol? Nadal leje.

-Dziękuję, ale i tak jestem przemoknięty do suchej nitki. To nic nie zmieni. Dowidzenia.

-Fakt. Dowidzenia.

Prolog – Londyn

Tom wracał do domu tak szybko jak tylko mógł. W końcu dotarł do mieszkania numer 13 i wszedł do środka. Zdyszany zawołał:

-Tim! Nie było odpowiedzi. Słyszał za to głośną muzykę dochodzącą z… kuchni. Tom wszedł ostrożnie do środka. Na stole stało radio z odtwarzaczem CD, a przy kuchence stał on – 16 letni „kucharz” mieszający coś w garnku. Zauważył swojego ojca dopiero gdy ten wyłączył muzykę.

-Tim na litość boską. Ktoś mógłby okraść całe mieszkanie, a ty dalej byś tańczył przy patelni. Powiedział spokojnym głosem. Tom nigdy nie krzyczał. Tim był nie tylko synem, ale i najlepszym przyjacielem z którym można się dogadać bez wbijania swoich racji do głowy za pomocą krzyku i paska od spodni.

-Tato, jak już coś to przy garnku. Obiad prawie gotowy. A tak w ogóle to co się stało? Jesteś cały zdyszany.

-Zostaw na chwilę ten obiad. Musimy porozmawiać.

-Zrobimy tak. Ja nałożę obiad bo padam z głodu, a ty włożysz na siebie coś suchego. Zjemy, pogadamy. Dobrze? Aha, w łazience woda kapie z sufitu.

-Znowu? Mieli to naprawić.

-Tato z całym szacunkiem. Lokatorów takich jak my mają gdzieś. Kupiłeś tanio? To masz! Nienawidzę tego mieszkania.

-Tak jak i ja… tak jak i ja… Tom wyszedł z kuchni, a jego syn zajął się nakładaniem obiadu. Nie da się ukryć, że ich mieszkanie było delikatnie mówiąc obskurne: odpadająca farba, nieszczelne okna, pożółkłe tapety, rdzewiejące kaloryfery i wilgoć jak w Amazonii. Po dłuższej chwili Tom wrócił do kuchni. Obiad już na niego czekał. Kilka minut później było po wszystkim. Syn nalewał dokładkę zupy, ojciec kończył mówić to co usłyszał u mecenasa.

-…i tak to było. Twój dziadek, a mój ojciec ma wielki dom. A zajrzał do niego tylko raz. Posiadłość stoi pusta od chwili w której zniknął. Sam nie wiem co robić. Chyba go sprzedamy i zostaniemy tutaj. Tom nie musiał długo czekać na reakcję syna.

-ŻE CO? Tutaj? Oszalałeś? Wiesz co jest „tutaj”? Tutaj ściany to jeden wielki śmierdzący zgnilizną grzyb. Tutaj woda kapie z sufitu gdzie się da. Tutaj ledwie wiążemy koniec z końcem. Tutaj nawet szczury nie chcą mieszkać bo jest im za mokro! Dostajemy od życia taką okazję, a ty chcesz ją zmarnować! I co zrobisz z tymi pieniędzmi? Kupisz większą miskę, żeby pomieściła więcej kapiącej wody? . Moim zdaniem powinniśmy sprzedać tą ruderę i przenieść się tam. Ułożymy życie od nowa. Mama pewnie by tego chciała!

-Proszę… nie mieszaj w to mamy. A co z twoją szkołą? Moją pracą? Znajomymi? Pomyślałeś o tym?

-Kończę szkołę za dwa miesiące, znajomi są dobrzy od pożyczania, a ty jesteś zdolny – znajdziesz coś nowego. Dwa miesiące wystarczy na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Poza tym, dziadek przepisał posiadłość na mnie. Jadę tam z tobą albo bez ciebie.

-Wiesz… masz rację…zaczniemy wszystko od nowa.
DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ – droga gdzieś pomiędzy Londynem a Little Hill.

-Ale leje… powiedział Tim. Daleko jeszcze? Może stań gdzieś na poboczu. Jest druga w nocy a ty kierujesz bez przerwy od 5 godzin.

-Zostało jakieś 10-15 kilometrów. Nie martw się. Dojedziemy. Odpoczniemy w naszym nowym domu. Bez przecieków i zgnilizny na ścianie. To będzie nowy start…

Pogoda była delikatnie mówiąc paskudna. Z czarnego jak smoła nocnego nieba lały się hektolitry wody. Tysiące kropel uderzały w przednią szybę ograniczając i tak słabą widoczność, ale mimo to stareńka Astra jechała dość szybko jak na swoje możliwości i warunki pogodowe. Ciało Tima domagało się snu, dlatego co chwilę tracił on kontakt ze światem zewnętrznym. Zamykał oczy… i otwierał…zamykał…aż wreszcie zamknął… Zgłębokiego snu wybudził go klakson. Gdy otworzył oczy uświadomił sobie co się dzieje… kierowca śpi, nieświadomie wciska gaz do dechy, a z naprzeciwka nadjeżdża trąbiąca ciężarówka. Była tak blisko, że Tim bez problemu dostrzegł minę przerażonego kierowcy TIRa. Sprawy potoczyły się błyskawicznie. Tim złapał za kierownicę – szarpnięcie, próba ucieczki spod kół giganta, poślizg auta, zjazd na pobocze, drzewo, uderzenie, ciemność… ból…ciemność… głosy… „ten tutaj żyje!”… ciemność… ból… ciemność… ciemność… ciemność… ciemność, która zaczyna się przejaśniać…


Opcje

dodajdo.com

Info

Odpowiedz

Możesz używać tagów : <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>