
Wracamy do Pottera. W części pierwszej kombinowałem jak mogłem, żeby opisać jak najwięcej, zdradzając jak najmniej. Być może już niedługo poznam lepszą i bardziej estetyczną metodę ukrywania spoilerów. Ale do rzeczy…
CZĘŚĆ 2 - PLUSY
Fabuła - Jak zwykle udało się wcisnąć porządny zwrot akcji, za co należą się brawa. Zakon Feniksa jest tym dla Harry’ego Pottera czym Mroczne Widmo dla Gwiezdnych Wojen. Mówiąc krótko - częścią “polityczną”. Typowej “akcji” jest tu mniej, ale nie oznacza to że jest nudno. Końcówka jest naprawdę znakomita, a finał bardzo emocjonujący. W filmie to dopiero będzie coś!
Klimat - Od zawsze myślałem że Harry Potter to taki bardzo popularny Czerwony Kapturek, ot bajeczka dla dzieci. Cóż…może to jest “bajeczka”, ale BARDZO mroczna bajeczka. Nie jest tak ponuro jak w tomie 4, ale i tak kłaniam się nisko.
CZĘŚĆ 2 - MINUSY
Nuda, Akcja, Nuda, Akcja, Nu… - Początek ksiażki jest po prostu nudny. A gdy już coś się zaczyna dziać…autorka katuje czytelnika kolejnym nudnym fragmentem. O dziwo, tak jest do samego końca. Koncówka powinna wciskać w fotel. Akcja przyspiesza a tu nagle…stop. Kolejny opisik. Po jaką za przeproszeniem cholerę - nie wiem.
Romantyczne rewolucje żołądkowe - to już przegięcie. Czy miłość można wyrazić tylko jednym - wywróceniem się żołądka na drugą stronę? Widać autorka nie potrafi inaczej… A może tak już jest w świecie magii? Może czarodziej mówi czarownicy “kocham cię tak że aż mi się kiszki wyprostowały?”
Traumatyczne rewolucje żołądkowe - Dzieje się coś złego…I znowu żołądek daje o sobie znać. Ech…
Facet macha kredką - ok, teraz mogę się narazić miłośnikom powieści (o ile jeszcze tego nie zrobiłem). Końcówka jest bardzo emocjonująca dopóki nie rozpoczyna się wielki “grupowy” pojedynek wielkich czarodziejów (śmierciorzercy vs ktośtam). Wybaczcie, ale gdy próbuję wyobrazić sobie dorosłego człowieka który macha różdżką jakby odganiał się od much, krzyczy przy tym teksty typu PROTEGO! i unika kolorowych światełek…zaczynam się śmiać. Zdanie zaczynające się od “walczył tak intensywnie…” dokończyłem mimowolnie “że aż mu się różdżka spocila”. Musiałem przestać czytać bo nie wypada rechotać gdy wszyscy inni śpią. Może filmowcy zrobią z tego pojedynku coś fajnego, bo książkowy opis był po prostu śmieszny i na siłę dramatyzowany.
Zakochany idiota- Ech, szkoda gadać. Rowling robi z Pottera upośledzonego uczuciowo idiotę. Chłopak ratuje świat przez zagładą, a mając 15 (16?) lat zachowuje się przy dziewczynie jakby miał 5 (6?). Chodzi tu oczywiście o związek Harrego z Cho. Wygląda to jakby ponętna 20 latka, podrywała 8 latka, który woli lepić babki z piasku. Pocałunek w usta to dla niego jak całowanie kota pod ogon. Nie mówiąc o przytulaniu…Ok - nie chodzi o to, żęby robić z Pottera jakiegoś lovelasa, ale bez przesady. Te ciągłe niepowodzenia i strach przed Cho są BARDZO sztuczne i BARDZO mocno to widać.
Cudowna słodycz gnijącego cmentarza Na początku napisałem, że klimat dopisuje. Niestety, ale po raz kolejny autorka niszczy go kretyńskimi opisami. Widać to na przykład po wizycie w szpitalu gdzie opisanie “zabawnych” dolegliwości psuje atmosferę tajemniczości. Jeśli ktoś pisze książkę w której jest śmierć, po co bawić się we wciskanie na siłę “rozluźniaczy”? Całe szczęście, że film będzie pozbawiony tych “słodkości”.
To by było na tyle, moi drodzy. Mimo że wad jest naprawdę wiele, książka jest warta przeczytania. Zakon Feniksa to kolejne elementy bardzo ciekawej układanki. Z niecierpliwością czekam na film. Ale o nim - w trzeciej i ostatniej części