500!

22 03 2007

Stało się :) Licznik na moim blogu przekroczył 500, co oznacza jedno - pół tysiąca odwiedzin. Dostałem nawet kilka maili. Pewna osóbka napisała mi, że tylko o filmach się rozpisuję - cóż, trudno się nie zgodzić :) Obiecuję wam (i tobie droga osóbko), że nie zabraknie innych tematów.

Cóż, zapraszam do komentowania, częstszych odwiedzin, przesyłania sugestii, propozycji. Każdą wezmę pod uwagę i przemyślę przynajniej 10 razy ;)



Step Up - POLECAM :)

20 03 2007

Na pudełkach z filmami w 9/10 przypadkach można znaleźć informację: “komedia”, “horror”, “dramat”. Na Step Up go nie ma. Albo dystrybutor był leniwy/zapomniał, albo doszedł do tego samego wniosku co ja - tego filmu nie da się zaszufladkować, przypiąć metki. Nie jest ani komedią, ani tym bardziej romantyczną, nie jest dramatem, ani filmem muzycznym. Tak naprawdę jest miksem tego wszystkiego. Ale po kolei…


Menu główne płyty z filmem

Zacznę od fabuły. Oczywiście nie zdradzę wszystkiego, bo nikt nie lubi spoilerów. Tyler to chłopak, który nie może narzekać na nadmiar atrakcji w życiu. Mieszka z ojcem pijakiem, ma kiepskie kontakty z siostrą. Jego jedynym zajęciem jest nocne szwendanie się z kumplami, granie w kosza i chodzenie na imprezy. Tyler czuje się jak wróbel zamknięty w ciasnej klatce - chciałby rozprostować skrzydła i odlecieć, ale ograniczają go “kraty życia”. Pewnego dnia, podczas jednej z “imprez” po raz kolejny podpada wymiarowi sprawiedliwości za co zostaje skazany na 200 godzin prac społecznych. W ten właśnie sposób trafia do Szkoły Sztuki. Zamiata, wymienia przepalone świetlówki, 20 raz sciera podłogę po wchodzących do szkoły studentach. Na koniec dnia, na parkingu przed szkołą daje swoim znajomym pokaz umiejętności tanecznych. A musicie wiedzieć że rusza się jakby ktoś mu powycinał kości. Zauważa to Nora - nasza druga bohaterka. Tak się ładnie złożyło, że akurat potrzebowała partnera do tańca. Namawia Tylera aby poćwiczył z nią w ramach prac społecznych. I tak to wszystko się zaczyna…


Tyler właśnie udowodnił, że umie trzymać nie tylko mopa

Muzyka w filmie najczęściej jest tylko tłem tego co dzieje się na ekranie. W Step Up tak jak w filmach muzycznych, bardzo często jest na odwrót. To co widać schodzi na dalszy plan, a na pierwsze miejsce wchodzi to co słychać. A słychać między innymi Sean Paula, Ciara czy Mario. Muzyka w takich scenach jest znacznie głośniejsza, rozłożona na wszystkich 6 głośników - daje to naprawdę fajny efekt. Step Up to nie Władca Pierścieni, ale i tak znalazło się trochę miejsca dla fajnych efektów przestrzennych: rozbijanie “rekwizytów” czy sceny w klubie brzmią bardzo dobrze. A skoro o tym mowa - tego filmu lepiej nie oglądać po cichu. I żadnego lektora! Psuje wszystko tym gadaniem ;)


Balet? Czemu nie. Nowe znajomości i w ogóle ;)

Na półkach przewala się wydanie 2DVD. Oprócz filmu znajdziemy sporo dodatków. Swoją drogą zastanawiam się, kiedy dystrybutorzy przestaną nazywać wybór scen dodatkiem. Jak tak dalej pójdzie nadruk na płycie i okładka będą dodatkami specjalnymi. Te prawdziwe dodatki to: zapowiedzi, zwiastun, wywiady, teledyski promujące film czy materiał z planu. Na drugiej jest jeszcze lepiej: mamy wycięte sceny (+ napisy do scen - brawo :) ), materiał z konkursu “Zatańcz w Step Up - Konkurs MySpace” oraz kilka teledysków. Szkoda, że nikt nie pomyślał o ścieżce dźwiękowej. Pudełko z filmem wylądowało w kartonowym, lakierowanym etui. Dobry pomysł, ale żałosna realizacja. Etui jest tak ciasne, że trzeba się siłować żeby wyjąć film! Przy trzeciej próbie wyjęcia karton się rozerwał. Mała strata. To samo było w Silent Hill - Monolith do roboty! Zróbcie coś z tymi pudełkami.

Mówiąc krótko - polecam. To naprawdę dobry film z ciekawymi, nie plastikowymi postaciami i nie do końca przewidywalną fabułą. Nie jest to kolejna tandetna, sztuczna do bólu produkcja typu: “Przystojny Pan poznał Piękną Panią, zakochali się w sobie, pokłócili, pogodzili i żyli dłuuugo i szczęęęśliiiwie”. To po prostu film o facecie, który odmieni swoje życie dzięki tańczeniu :) I tym optymistycznym akcentem…

 

Kilka fotek z filmu:

 

 

 



UWT - Uniwersytet Wieku Trzeciego…

16 03 2007

Takiego wykładu jeszcze nie widziałem… Na jednym z przedmiotów (aktywizacja ludzi starszych) wykładowca powiedział, że na zaliczenie mamy do wyboru: pisać “łatwą-inaczej” pracę lub przyjść na UWT na jeden wykład. Chyba nie muszę mówić co wybrałem. Fakt, bilety swoje kosztowały, pół dnia zmarnowane, ale to i tak dużo lepsze niż bieganie po bibliotekach. Lubię przelewać myśli na papier (czego dowodem jest chociażby ten blog), ale pod warunkiem, że temat jest ciekawy. A temat pracy jest “ciekawy-inaczej”. Ale wróćmy na UWT. Początek był całkiem niezły. Okazało się, że nasza aula to trzeci świat w porównaniu do auli na wydziale prawa (gdzie mieści się UWT). Ale nie będę się o tym rozpisywał. Po prostu spójrzcie na fotkę.

Nasz Pan Prof (żeby nie rzucać nazwiskami) chwalił, jak tam jest cudownie, jakie te wykłady są ciekawe. Prawda jest taka że są ciekawe… “ciekawe - inaczej”. W każdym razie ten taki był. Może inne są lepsze, ale pierwsze wrażenie robi swoje :) To samo tyczy się frekwencji. Miały być tłumy, większość miejsc miała być zajęta, a większość miejsc była zajęta….“zajęta - inaczej”. No dobrze, ale jak to wyglądało? Przyszedł sobie inny Pan Prof (żeby nie rzucać nazwiskami) i zaczął mówić o chorobach wywołanych złym odżywianiem. Liczyłem na coś “lekkostrawnego”, ale już po pierwszych pięciu minutach okazało się że wykład będzie “lekkostrawny-inaczej”. Mnóstwo tabel, liczb, procentów, porównań etc. itp. itd. Nic konkretnego. Tak sobie myślę… po co podawać zdrowe dzienne spożycie powiedzmy cukrów prostych, aminokwasów czy innych ustrojstw jak praktycznie nie da się tego odnieść do życia codziennego. Zdawałem maturę z biologii i co nieco pamiętam, ale za (przeproszeniem za) cholerę nie potrafię sobie wyobrazić ile to jest powiedzmy 15 gram żelaza/doba. Ciekawi mnie czy słuchacze odnieśli podobne wrażenie.

A skoro o słuchaczach mowa… w pewnym momencie na sali rozległ się dzwonek telefonu komórkowego. I to nie byle jaki - szybkie techno, a raczej trance. Dwie z koleżanek (bo nie byłem na UWT sam) spojrzały na mnie, ja na nie. Po chwili doszło do nas, że to telefon starszego pana/pani :) Troszkę mnie to zaskoczyło. Druga rzecz - absolutna cisza. Co prawda co jakiś czas pojawiały się szmery, ale i tak byłem zaskoczony tym milczeniem. Wykład zakończył się (i znowu lekkie zdziwienie) oklaskami, a ja udałem się najpierw do szatni po kurtkę, a następnie na dworzec MPK. Pół godziny później wsiadłem do autobusu (tym razem już PKS). Wracałem do domu, zadowolony że to już koniec…